![]() numer 2/2002 Niezwykły gość Zadzwonił telefon. Podniosłem słuchawkę. Telefonował jakiś człowiek. Nie bardzo rozumiałem, o co chodzi. Dostał numer mojego telefonu od kogoś z Polski. Mówił taką dziwną mieszaniną polskiego, rosyjskiego i ukraińskiego. Dzwonił z miasta Szachty, to jest jakieś 75 km od Rostowa. W końcu zorientowałem się, że chciałby się ze mną spotkać, najchętniej już następnego dnia. Nie wiedziałem jednak po co. Niezbyt chętnie zgodziłem się na spotkanie za dwa dni, na sobotę o godz. 13:00. Chciał, abym wyszedł po niego na dworzec autobusowy. Powiedziałem mu, że nie mogę i podałem mój adres.W sobotę o jedenastej zadzwonił dzwonek przy drzwiach. Byłem umówiony
z jednym ze studentów z mojej małej grupy studium biblijnego. Jednak, gdy
otworzyłem drzwi, zobaczyłem za progiem nie studenta, a starszego człowieka. Usiedliśmy w naszym gościnnym pokoju. Ten starszy człowiek nie chciał herbaty. Wyjaśnił, że mój telefon podała mu pewna siostra z Kościoła Metodystycznego w Międzyrzeczu. O ile dobrze zrozumiałem, znał ją z dawnych czasów, gdy mieszkali razem w Iwanówce (miejscowość na Ukrainie). Poza tym okazało się, że jest z pochodzenia Polakiem. Po takim krótkim przedstawieniu się rozpoczął swoją opowieść. - Urodziłem się w 1924 roku. Dość wcześnie poznałem Boga, stałem się człowiekiem wierzącym i przyjąłem chrzest. Od razu byłem bardzo aktywny. Gdy miałem 21 lat, wybrano mnie na pastora w moim zborze. W tych czasach nie było bezpiecznie być pastorem. Ożeniłem się z Rosjanką. Sześć miesięcy po tym, jak urodziła nam się córka, aresztowano mnie. Był 1947 rok. Gdy córka miała półtora roku, władze wysłały moją żonę z córką na Syberię. Warunki w drodze były bardzo ciężkie. Razem z żoną i moim dzieckiem wysłano wielu różnych ludzi, nie tylko chrześcijan. Nie było co jeść. Ludzie umierali w drodze, a szczególnie dzieci. Z wielu dzieci w tym transporcie, przeżyła tylko dwójka, w tym moja córka. Gdy dotarli na Syberię, postawiono ich na szczerym polu i powiedziano: "Tutaj będziecie żyli!". Pozostawiono ich samych sobie. Ludzie kopali nory i w nich mieszkali. Dla żony to był bardzo trudny okres. Nie tylko ciężko było tam żyć, ale musiała jeszcze znosić drwiny współwięźniów ze względu na swoją wiarę. W końcu jej psychika nie wytrzymała i moja żona postradała zmysły. Umieszczono ją w zakładzie psychiatrycznym. Dziecko pozostawiono samemu sobie. Wychowywało się na ulicy. Nieraz spało pod gołym niebem. Gdy wiadomość o chorobie dotarła do mnie, dostałem zawału serca. Sparaliżowało mi lewą stronę mojego ciała i lewą rękę miałem zupełnie bezwładną. Byłem w więzieniu, sparaliżowany i nie mogłem w żaden sposób ani pomóc żonie, ani zaopiekować się moim dzieckiem. Poprosiłem braci z Syberii, aby zaopiekowali się moją córką. Bracia odnaleźli ją i starali się jakoś pomóc. Zmieniono jej imię i nazwisko. Udało się ją umieścić w internacie, by mogła chodzić do szkoły - tutaj brat Konstanty zrobił małą przerwę. Po chwili mówił dalej. - Jednak Pan Bóg nie zapomniał o nas. Stalin umarł i w 1957 roku
wypuszczono mnie z więzienia. Ogłoszono amnestię i wielu ludzi wypuszczono
wtedy z więzienia. Uniewinniono mnie i oczyszczono z zarzutów. Pojechałem
na Syberię. Zabrałam żonę z zakładu a córkę z internatu. Mogliśmy w końcu
mieszkać razem. Żonę musiałem mieć ciągle na oku, bo nie wiadomo, co mogło
jej przyjść do głowy. Przez cały czas nie rozpoznawała mnie. Mówiła: "Wiem,
że mój mąż jest w więzieniu". Nie rozpoznawała mnie, chociaż ciągle mówiłem
jej, że to ja jestem jej mężem. Po twarzy płynęły mu łzy. Ja też nie wytrzymałem. Powoli zaczynałem rozumieć, dlaczego brat Konstanty zjawił się u mnie. Oto człowiek, który doświadczył bardzo wyraźnie w swoim życiu działania żywego Boga. Jego życie było bardzo trudne, ale pozostawał wierny Bogu. Był wierny Bogu i Pan okazał mu swoją łaskę. On ufał Bogu i został nagrodzony za to. Ja nie cierpiałem za wiarę. A bywa, że jest mi ciężko w życiu i jest mi trudno ufać Bogu. Choćby teraz. Mój synek Borys jest w szpitalu. Urodził się półtora miesiąca przed terminem. Na początku wyglądało na to, że ma małe szanse na przeżycie. Czułem się zły i bezsilny, że nie mogę pomóc mojemu dziecku. Nawet trudno mi było się modlić. Teraz wykryto u Boryska jakiegoś wirusa, trzeba go leczyć... Chwilę milczeliśmy, po czym brat Konstanty podjął swą opowieść: - Kiedyś dowiedziałem się, że do Tallina przyjeżdża pewien Boży człowiek, którego Pan Bóg używa, uzdrawiając ludzi. To był metodysta. Pojechałem do niego. Zapytał mnie: "Czego ode mnie chcesz?". Odpowiedziałem, że chciałbym, by pomodlił się o mnie. Rozmawialiśmy, a potem on modlił się o mnie. Po tym powoli wracało mi czucie w lewej stronie mojego ciała i w lewej ręce. Po jakimś czasie stałem się zupełnie zdrowy. Pan Bóg mnie uzdrowił. Od tego czasu nikt mi nie może mówić, że Pan Bóg nie działa w jakimś Kościele: baptystycznym, metodystycznym, zielonoświątkowym czy jakimś innym. Z dalszego ciągu naszej rozmowy dowiedziałem się, że mój gość spędził
w więzieniu w sumie 21 lat. Zamykano go jeszcze dwukrotnie na pięć lat za
czasów Chruszczowa i za Breżniewa. I byłby jeszcze trzeci raz. Ale Pan Bóg
nie dopuścił do tego. Brat Konstanty wiedział już, że następnego dnia będzie
aresztowany i spędzi w więzieniu kolejne pięć lat. Ale człowiek, który miał
podpisać decyzję o uwięzieniu, umarł tej nocy. - Jakie było najtrudniejsze wydarzenie w życiu brata? - zapytałem. - Przeżyłem dużo. Często byłem bity, najczęściej w brzuch, mam tam wszystko porozwalane. Czasami zastanawiam się, dlaczego Pan Bóg dał mi łaskę żyć tak długo. Chyba po to, abym był żywym świadectwem. W każdym bądź razie bicie nie było czymś najgorszym. Pan Bóg dawał mi siłę i często nawet nie czułem bólu. Trzy razy konfiskowano mi wszystko, co posiadałem. To też nie było najtrudniejsze. Najtrudniejsze były dwa momenty. Pierwszy, kiedy byłem pierwszy raz w więzieniu i przez siedem miesięcy nie pozwolono żonie zobaczyć się ze mną. Widziałem przez okno, jak stała przed bramą więzienia. Przychodziła codziennie, bo miała nadzieję mnie zobaczyć. Urzędnik postawił mi warunek: "Podpisz, że nie będziesz zajmował się działalnością religijną, i możesz się z nią spotkać". Nie zobaczyliśmy się wówczas. Drugi moment był wtedy, gdy dowiedziałem się, że moja żona postradała zmysły. To było bardzo trudne. Im dłużej rozmawialiśmy, tym bardziej uświadamiałem sobie, że czuję się osądzany. Nie, nie przez niego, a przez Pana Boga. Chociaż sama obecność tego Bożego człowieka wprowadzała jakąś atmosferę świętości i obecności Pana Boga. Czułem się zmuszony na nowo zastanowić się nad moją wiarą, nad moim zaufaniem Bogu, nad moim oddaniem i poświęceniem życia dla Jego chwały. Czy naprawdę tak do końca oddałem moje życie w ręce Boga? Jaki jest cel mojego życia? Jakie są moje plany i dążenia? Wyszedłem do kuchni, aby przygotować obiad. Zostawiając moje dzieci
z niezwykłym gościem, trochę się obawiałem: Czy będą się zachowywać, jak
powinny się zachować dzieci wierzących rodziców i misjonarzy? Co będą mówić?
Jak się okazało, na pytanie, co najbardziej lubią robić, odpowiedziały: "Oglądać
telewizję i grać w gry na komputerze". To normalna odpowiedź, ale zacząłem
się zastanawiać, czy dzieci wierzących rodziców właśnie to powinny najbardziej
lubić? Chciałbym, aby odpowiedź, na przykład, brzmiała: "słuchać, jak tato
opowiada historie biblijne" albo choćby "bawić się z tatą". Chyba coś tu nie
tak ze mną, jako ojcem. Dowiedziałem się jeszcze, że ma troje wnuków i już ośmioro prawnuków. Przynależy do 300-osobowego zboru zielonoświątkowego nie rejestrowanego. Nie rejestrowanego, to znaczy takiego, który w czasach komunizmu nie poddał się presji władz i nie zarejestrował się, nie pozwalając tym samym władzom na kontrolę i ingerencję w sprawy zboru. W czasach komunizmu właśnie nie rejestrowane Kościoły były szczególnie prześladowane. Zjedliśmy wspólnie obiad i potem odprowadziłem brata Konstantego na przystanek autobusowy. Zaprosił mnie do swojego zboru. Zakończyła się pięciogodzinna wizyta niezwykłego gościa. Wierzę, że Pan go przysłał, aby zmienić niektóre sprawy w moim życiu. A kto wie, co jeszcze? ROBERT BORYCZKA Copyright
© Słowo
i Życie 2002
|
![]() |